ARTYKUŁY

„(…) kasjerka z Lidla, której „Solidarność” w końcu wywalczy prawo do wolnych niedziel, będzie zapewne chciała pójść z rodziną do kina. Kto jej wówczas sprzeda bilet? Robokop? Pokemon? Miś Kolargol? Nie – obsłuży ją kasjerka. Bileterka sprawdzi jej bilet. „

MAREK MIGALSKI O ZAKAZIE HANDLU W NIEDZIELĘ: BEZ SENSU

acc85a4a-80eb-4bb1-9332-37b847d48d0d

Wszystkie trzy argumenty, podnoszone przez związkowców za wprowadzeniem wolnych niedziel w handlu, są absurdalne i nieprawdziwe. Ich akceptacja byłaby faworyzowaniem jednej grupy zawodowej wobec innych, wtrącaniem się państwa w życie rodzinne dorosłych Polaków oraz uszczuplałaby (nieznacznie) budżet państwa, czyli – de facto – nas wszystkich.

Pierwszy i chyba najważniejszy argument „solidarnościowców” to dobro pracowników. Piotr Duda i jego koledzy przekonują, że pracownikom handlu należą się wolne niedziele, bo mają oni rodziny i powinni mieć zatem prawo do spędzania z nimi „dnia świętego”.

To, oczywiście, prawda. Byłoby dobrze, gdybyśmy wszyscy mieli do tego prawo. Ale tak się jakoś dzieje, że setki tysięcy osób są go pozbawione i nie skarżą się specjalnie na to, rozumiejąc, że taka jest konieczność – a ściślej potrzeby innych obywateli. To osoby zatrudnione w tak zwanych służbach: w policji, straży pożarnej, służbie zdrowia, energetyce, gazownictwie, wojsku. Ale oprócz nich wolnych niedziel nie mają także kelnerki, barmani, stróże, ochroniarze, pracownicy kin, teatrów, ogrodów zoologicznych, mediów, uczelni, komunikacji miejskiej, międzymiastowych połączeń autobusowych, lotnisk, kolei państwowych itp.

Można by mnożyć zawody, których pracownicy muszą pracować w niedziele tylko dlatego, żeby komfort życia innych obywateli nie był obniżony. Oni także mają rodziny i zapewne chcieliby z nimi spędzać wolny czas. Ale nie mogą – bo kasjerka z Lidla, której „Solidarność” w końcu wywalczy prawo do wolnych niedziel, będzie zapewne chciała pójść z rodziną do kina. Kto jej wówczas sprzeda bilet? Robokop? Pokemon? Miś Kolargol? Nie – obsłuży ją kasjerka. Bileterka sprawdzi jej bilet. A ktoś w kinowym sklepiku sprzeda jej popcorn i colę.

Wolne niedziele to przywilej. Nie mają go setki tysięcy ludzi w Polsce. Związkowcy nie wyjaśnili, dlaczego mają go mieć akurat pracownicy handlu. Bo ciężko pracują? Inni pracują co najmniej równie ciężko. Bo są w większości kobietami? W innych branżach także pracują kobiety.

Czy jak już Piotr Duda zwycięsko zakończy swoją krucjatę i w nagrodę uda się wraz z kolegami do ulubionego związkowego hotelu w Kołobrzegu na zasłużony odpoczynek, to czy w niedzielę zgodzi na to, że nie będzie na niego czekało śniadanie, w recepcji nikogo nie zastanie, a pobliska restauracja będzie zamknięta? Zadałem mu to pytanie na Twitterze. Nie odpowiedział.

Drugi argument używany przez wnioskodawców dotyczy dobra konsumentów. Brzmi on następująco: ludzie powinni niedzielę spędzać razem, a nie chodzić po galeriach handlowych. Pomijając już to, że po owych galeriach można chodzić rodzinnie, co zresztą często się zdarza, to najbardziej bulwersuje sama istota tego postulatu: regulowanie życia codziennego dorosłych ludzi przez jakąś grupę społeczną (związkowców) lub polityczną (rząd).

Gdyby zgodzić się na tego typu myślenie, to musielibyśmy oddać rządzącym lub związkowcom prawo do ustalania, co jest dobre dla nas, dla naszych rodzin, dla naszych dzieci. Tego typu paternalizm, a nawet autorytaryzm, jest niedopuszczalną ingerencją w prawa obywateli i jako taki powinien być odrzucony a priori. Wara państwu od tego, jak żyjemy, jak spędzamy wolny czas i jak organizujemy sobie życie rodzinne. Nie można jedną ręką atakować wszechwładzy Jugendamtów, a drugą wtrącać się do tego, jak polskie rodziny spędzają niedziele.

To pokazuje, jak bardzo pomysłodawcy przedmiotowo i z góry traktują swoich współobywateli – czują się w prawie do regulowania ich życia i decydowania, co jest dla nich dobre i wskazane, a co złe i niesłuszne.

Ostatni argument podnoszony przez „Solidarność” jest najbardziej chyba absurdalny. Według niego wspomniana regulacja ma… zwiększyć obroty sklepów o 5 proc.! Bóg jedynie raczy wiedzieć, jak panowie i panie ze związku to obliczyli, ale na konferencji prasowej tłumaczyli to tym, że ludzie będą robić zakupy na zapas, co będzie rzekomo skutkować zwiększeniem obrotów. Jeśliby zasada ta naprawdę była prawdziwa, to proponowałbym wprowadzenie zakazu handlu także w sobotę – wówczas obroty, co chyba logiczne, zwiększyłyby się o 10 proc.!

Żarty na bok. To jakieś absurdalne wyliczenia. Żeby jednak było jasne – nie do końca też wierzę w szacunki pracodawców, którzy wieszczą Armagedon i drastyczny wzrost bezrobocia. Ale w tym sporze, jeśli już ktoś ma rację, to raczej nie związkowcy. Bo nawet jeśli słusznie zauważają, że „niedzielny shopping” stał się rozrywką dla dużej części Polaków, to muszą także przyznać, że podczas niego część z nas kupuje coś, co nie jest niezbędne. A także, niejako przy okazji, konsumuje lody, kawę czy nawet jakieś poważniejsze posiłki. O podatki z tych właśnie usług zubożeje budżet państwa, bo ludzie – zamiast włóczyć się po galeriach – będą siedzieć przed telewizorami, w żaden sposób nie zwiększając naszego dochodu narodowego.

I na koniec – w debacie o tym, czy zakazać niedzielnego handlu czy też nie, nie warto oglądać się na Unię Europejską. Akurat w tej materii niczego nie narzuca. Dziewięć jej krajów ma częściowy lub całkowity zakaz otwierania sklepów w niedziele. W pozostałych państwach jest on mniej czy więcej swobodny.

Warto więc, byśmy podjęli samodzielnie decyzję. Samodzielnie i mądrze. A to znaczy bez faworyzowania jakiejś grupy zawodowej, bez uprawiania inżynierii społecznej wobec dorosłych obywateli oraz w interesie budżetu państwa, czyli nas wszystkich. Ze wszystkich tych trzech powodów należy więc odrzucić projekt zaproponowany przez „Solidarność”.

Autor jest politologiem, był europosłem PiS, PJN i Polski Razem

źródło: rp.pl

W górę