ARTYKUŁY

„Nic dziwnego, że Pan zarezerwował jedną siódmą naszego życia na przypominanie nam praprzyczyny — jest to coś, czego nie uczynił dla żadnej innej nauki chrześcijańskiej, a to dlatego, że każda inna nauka chrześcijańska jest nieważna w oderwaniu od tej.”

TRACH!

W pierwszym zdaniu Pisma Świętego nie ma mowy o usprawiedliwieniu, pojednaniu czy powtórnym przyjściu Chrystusa. Nie ma wzmianki o zbawieniu, odkupieniu, prawie. Bo wszystkie te nauki byłyby nic nieznaczącym ćwiczeniem intelektualnym, gdyby nie to, że „na początku stworzył Bóg niebo i ziemię”.

Arystoteles w swojej Metafizyce napisał, że jedynym sposobem zrozumienia czegoś jest zrozumienie przyczyn tego czegoś. Co sprawiło, że to zaistniało? Jak to się tutaj znalazło? Jakie są tego początki?

Miał rację. Dlatego właśnie Pismo Święte zaczyna się nie od eschatologii (nauki o rzeczach ostatecznych — red.), soteriologii (nauki o zbawieniu — red.) czy chrystologii, ale od przyczyn — a w tym przypadku przyczyną jest to, że „stworzył Bóg niebo i ziemię”. To fundament, na którym spoczywa wszystko, co później nadeszło. Jeśli źle zrozumiesz przyczynę, wszystko inne też najprawdopodobniej zrozumiesz źle. Ta pierwsza przyczyna jest tak ważna, że Bóg daje nam najtrwalszy jej „przypominacz” każdego tygodnia. Nazywa się on szabat i bardziej niż na zbawienie, odkupienie czy ratunek wskazuje on na praprzyczynę — stworzenie, ponieważ to na niej, i tylko na niej opiera się wszystko (w tym zbawienie, odkupienie i ratunek), w co wierzymy. Usuń albo zlekceważ tę przyczynę, a wszystko, co po niej następuje, także będzie usunięte lub zlekceważone.

Nic dziwnego, że Pan zarezerwował jedną siódmą naszego życia na przypominanie nam praprzyczyny — jest to coś, czego nie uczynił dla żadnej innej nauki chrześcijańskiej, a to dlatego, że każda inna nauka chrześcijańska jest nieważna w oderwaniu od tej.

Pomyśl — większość naszych chrześcijańskich wierzeń (jeśli nie wszystkie) staje się pustą paplaniną w oderwaniu od relacji o stworzeniu. Zbawienie? Pojednanie? Krzyż? Co to wszystko może oznaczać w oderwaniu do początków? Czym może być pojednanie w świecie bez Stwórcy? Od czego mielibyśmy być zbawieni we wszechświecie, w którym nie ma Boga? Jeśli ewolucja miałaby tłumaczyć nasze pochodzenie, to Jezus na krzyżu byłby nikim innym jak kolejnym zamordowanym Żydem. Jak zrozumieć sens upadku w oderwaniu do początków? Z czego mielibyśmy spaść i do czego mielibyśmy zostać przywróceni? Nasze podstawowe prawdy wiary — od krzyża do drugiego przyjścia Chrystusa — uniezależnione od biblijnej relacji o naszych początkach, stawiałyby nas w jednym szeregu z tymi, którzy wierzą w płaską Ziemię, czarną wołgę i boskość Moona.

Wielu chrześcijan odrzuca czwarte przykazanie biblijnego dekalogu, to o święceniu szabatu1. Ich argumenty sprowadzają się do tego, że świętowanie siódmego dnia tygodnia, soboty, zostało unieważnione w nowym przymierzu. To zdumiewające, że nowe przymierze miałoby unieważnić ten szczególny znak jedynej rzeczy, która nadaje temu przymierzu sens — stworzenia. Nowe przymierze, stare przymierze, krzyż, pojednanie — to wszystko staje się lingwistyczną paplaniną w oderwaniu od praprzyczyny, bo na niej, i tylko na niej, te wszystkie prawdy (i wszystkie inne) są oparte.

Sobota jest jak uderzenie młotkiem w gwóźdź, które — trach! — z niezmienną regularnością, co tydzień, przywraca nas do fundamentu tego wszystkiego, kim jesteśmy i mogliśmy być. Jesteśmy tak zajęci, biegamy tu i tam, wydajemy pieniądze, zarabiamy pieniądze, idziemy tu, idziemy tam, idziemy wszędzie i nagle — trach! — przychodzi sobota i łączy nas na nowo z podstawą naszego jestestwa, z początkowym punktem wszystkiego, co następuje potem, ponieważ wszystko, co jest dla nas czymś, staje się takie tylko dlatego, że Bóg stworzył zarówno to coś, jak i nas. Sobota nie prowadzi nas pół drogi wstecz, trzy czwarte czy dziewięć dziesiątych wstecz. Co tydzień — trach! — przybija nas do punktu zerowego, do najbardziej fundamentalnego i podstawowego poziomu ludzkiego istnienia, do początkowego punktu wszystkiego, co nastąpiło po nim. Sprowadzając nas do początku, sobota co tydzień daje nam w pewnym sensie szansę, by „zacząć na nowo”, zastanowić się raz jeszcze, kim jesteśmy, co naprawdę się liczy i przypomnieć sobie, jak się tu znaleźliśmy i dokąd ostatecznie chcemy iść.

Z niezmienną regularnością i bez wyjątku sobota, cicho tocząc się na horyzoncie, wciska się każdym pęknięciem czy szczeliną do naszego życia i przypomina nam, że każde pęknięcie i szczelina należą do naszego Stwórcy — do Jedynego, który umieścił nas tutaj, Jedynego który „na początku” stworzył niebo i ziemię, dokonując tym samym czynu, który nadal jest niepodważalną podstawą wszystkich chrześcijańskich wierzeń, czynu, dzięki któremu siódmy dzień tygodnia, sobota — trach! — jest tego niezbitym, natrętnym i niewzruszonym znakiem.

Clifford Goldstein

1 Wj 20,8-11.

źródło: znakiczasu.pl

W górę